Świadectwo energetyczne ma informować o tym, ile może kosztować eksploatacja budynku czy mieszkania. Jednak jeśli chcemy mieć lokale naprawdę niedrogie i powszechnie dostępne, potrzeba czegoś innego.

W dyskusjach na temat taniego budownictwa mieszkaniowego największy nacisk kładzie się zwykle na ceny nieruchomości. Spadające lub rosnące ceny śledzone są z napięciem, a koszt metra kwadratowego takiego mieszkania staje się głównym punktem odniesienia. Rzecz w tym, że takie podejście to dość krótkowzroczna polityka.

Nawet o połowę więcej

Dlaczego? Wystarczy spojrzeć na liczby. Budynki postawione w nowoczesnych technologiach są znacznie bardziej energooszczędne. A to znaczy, że koszt ich ogrzania jest niższy. W praktyce może to oznaczać, że koszt ogrzania mieszkania o takiej samej powierzchni w domu zbudowanym zgodnie z nowoczesnymi zasadami będzie wielokrotnie niższy. W przypadku ogrzewania prądem elektrycznym różnica może być dwukrotna.

W perspektywie kilkudziesięciu lat, a w takiej należy patrzeć na inwestycje mieszkaniowe, może się okazać, że pozornie tanie mieszkanie jest realnie dużo droższe. Właśnie ze względu na rosnące koszty eksploatacyjne.

Świadectwa energetyczne jako informacja

Pierwszym krokiem do rozwiązania tego problemu było wprowadzenie dokumentów znanych u nas jako świadectwa energetyczne. Jego główną zaletą jest (w teorii) informacja na temat kosztów utrzymania lokalu. Świadectwa energetyczne dają więc możliwość oceny opłacalności zakupu mieszkania tańszego, ale droższego w eksploatacji.

Problem w tym, że same świadectwa energetyczne nie rozwiązuje kwestii taniego, dostępnego budownictwa mieszkaniowego. Przykładem może być Wielka Brytania, gdzie z roku na rok spada powierzchnia, jaką mogą dysponować mieszkający w tzw. dostępnych domach. Jednocześnie jednak rosną koszty utrzymania takich mieszkań.

Liczą się regulacje

Potrzebne są dodatkowe regulacje i zdaje sobie z tego sprawę nawet konserwatywny rząd Davida Camerona. Tak, jak wiele innych państw europejskich Wielka Brytania zobowiązała się, że wszystkie nowe domy stawiane po 2016 roku będą miały efektywność energetyczną o 80 proc. wyższą niż obecnie.

W ten sposób już nie tylko świadectwa energetyczne i mechanizm rynkowy, ale także regulacje rządowe będą sprzyjały budownictwu zdecydowanie tańszemu. W dosłownym sensie. Oszczędności związane z budową domu energooszczędnego mogą sięgnąć 95 proc.

Spadek o 95 proc.

W liczbach bezwzględnych oznacza to, że rodzina, która dziś wydaje 1,4 tys. funtów rocznie na ogrzanie wody i domu, będzie wydawała 70 funtów. Przy czym koszt budowy takiego domu będzie wyższy zaledwie o 15 proc.

Przenosząc to do realiów polskich, gdyby metr kwadratowy mieszkania wybudowanego w tradycyjnym standardzie kosztował 4,2 tys. zł, to za tę samą powierzchnię postawioną zgodnie z zaleceniami energooszczędności trzeba by zapłacić 5 tys. zł.

Perspektywy na przyszłość

Tylko ze względu na niższe rachunki za energię inwestycja zwróciłaby się w ciągu trzynastu lat. Po tym czasie dom byłby nadal tańszy w utrzymaniu, a więc mieszkająca w nim rodzina realnie zarabiałaby.

Trzeba przy tym pamiętać, że ceny energii będą coraz wyższe. Już teraz utrzymanie mieszkania pochłania dużą część domowych budżetów. Kolejne podwyżki będą przekładały się na wzrost kosztów utrzymania domów. A co za tym idzie, większa będzie potrzeba budowy lokali o niskim zapotrzebowaniu energetycznym.



o Autorze

Czasem piszę...


Artykuł pochodzi z serwisu Albercik.pl - darmowe artykuły na WWW